“Gruzja. Jak się żyje Polce w kraju wina, gościnności i drogowych absurdów” – Kaczmarzyk Martyna


reportaż

Martyna Kaczmarzyk to pisarka i publicystka, szerzej znana w internetowym świecie jako autorka bloga „Martyna z Gruzji”, a teraz także książki o długim, ale jakże wdzięcznym tytule, poświęconej temu właśnie państwu. Z pewnością to obowiązkowa pozycja dla każdego kto chciałby, choćby na papierze, poczuć kaukaski klimat i poznać skrajnie inną od naszej kulturę. Nie spodziewajcie się jednak przewodnika turystycznego albo klasycznej prozy podróżniczej. To raczej punkt widzenia Polki rzuconej w nowy, nieznany świat pełen tradycji i niezrozumiałych dla przeciętnego Europejczyka zachowań.

Najobszerniej opisanym i najczęściej powracającym wątkiem u Kaczmarzyk jest supra, czyli rodzaj biesiady, na której zaproszeni goście przez wiele godzin raczą się winem i rozmowami pod przewodnictwem tamady – mężczyzny cieszącego się w zebranej grupie największym szacunkiem. Momentami wydaje się, że ucztowanie to sens życia Gruzinów, a w ich żyłach zamiast krwi pływają już tylko sfermentowane winogrona. Wśród toastów, wielkich przemów oraz stołów uginających się od potraw na wierzch wychodzi przestarzały podział ról społecznych i, momentami nawet skrajny, konserwatyzm. Z książki dowiadujemy się, że w kraju chinkali i chaczapuri, funkcję głowy rodziny (i wszystkiego innego) pełni zawsze mężczyzna. Kobiecie do jego spraw mieszać się nie tyle nie wypada, co po prostu nie wolno. Płeć piękna ma opiekować się dziećmi i zajmować domem. Zanim dojdzie do ślubu panie MUSZĄ się wzbraniać przed zalotami rozochoconych panów, a wszelkie „schadzki” odbywają się w gronie kilku, a czasem kilkunastu osób. Po zawarciu sakramentu żona ma być wierna i posłuszna, oddana swojej rodzinie, natomiast do decyzji męża nie ma prawa się wtrącać. Dochodzi wręcz do tego, że gruzińskie kobiety o zdradzie wolą nie wiedzieć, ewentualnie zbywają informacje o niej machnięciem ręki lub kwitują frazą „przejdzie mu”. Wszystko to, by nie zawieść oczekiwań społeczeństwa.

Innym problemem są używki, zwłaszcza alkohol. W Gruzji raczej nie ma miejsca dla abstynentów. Nieuczczenie toastu może skutkować obrazą gospodarzy, a wczesne odpadniecie z wyścigu na wlewanie w siebie hektolitrów wina będzie wpływało na kurczący się szacunek współbiesiadników do takiej osoby.

W tym patriarchalnym światku pojawiają się też pozytywne akcenty, jak szacunek dla osób starszych, dbałość o najbliższych, pielęgnowanie rodzimych tradycji czy cudowne krajobrazy. Autorka podkreśla, że prościej żyje się tu przyjezdnym, bo dla nich Gruzini mają chociaż nutkę wyrozumiałości. Łatwiej to miejsce odwiedzić, niż w nim na stałe zamieszkiwać, ale i do tego da się przyzwyczaić.

Część historyjek opisanych w książce pokrywa się z wpisami autorki na jej blogu, a zatem lektura nie jest jakimś novum, lecz podsumowaniem tego, czego doświadczyła Kaczmarzyk w ciągu lat spędzonych poza Polską. Nie ma w niej zbyt wielu zdjęć, a nawet gdy się pojawiają, przedstawiają raczej drobne przedmioty, pojedyncze osoby lub potrawy, także nie ma się co spodziewać pięknych kaukaskich widoków, czego po prawdzie trochę mi brakuje. Mimo, że książka w głównej mierze poświęcona jest gruzińskiej kulturze, nie uchwycono w niej folkloru. Dlatego też należałoby ją czytać wespół z blogiem, bo razem tworzą niepowtarzalną całość – relację z pierwszej ręki na temat tego, jak żyje się w kraju wina, gościnności i drogowych absurdów.

Literaturę faktu oraz książki reportaże znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

 

Poprzedni "Niebezpieczna zabawa" Phoebe Morgan
Następny "Będą z tego kłopoty" - Agata Przybyłek