Hajmdal Bunt – Czy to już koniec?


Jakiś czas temu pisałem recenzje książki Hajmdal: Początek Podróży. Pisałem tam o wielu moich nadziejach dotyczących powstania świetnej serii military science fiction.

Poprzednią recenzję możecie przeczytać w tym miejscu – Recenzja książki Hajmdal: Początek Podróży. Pozwoliłem sobie pominąć recenzję drugiego tomu serii, czyli Księżyce Monarchy. Zrobimy tylko krótką opinię pełną spoilerów, więc jeżeli nie lubicie zdradzania fabuły w recenzjach, to nie czytajcie dalej.

Jak zapewne pamiętacie po pierwszym tomie, Hajmdal zdołał uciec flocie pościgowej. Krytycznie uszkodzony, poszycie praktycznie bez opancerzenia, wielu członków załogi nie żyje, także specjalistów potrzebnych do funkcjonowania organizmu jakim jest armia. Brakuje zawodowych żołnierzy, czy to w formacji zwiadowców, czy też szturmowców. Tutaj nie jest ciężko, ochotnika można łatwo przeszkolić. Ale pilota myśliwca czy nawigatora olbrzymiego kosmicznego pancernika już nie.

Brakuje też surowców oraz paliwa. Dlatego też Hajmdal robi dłuższy postój w systemie Monarchy, gdzie znaleźć ma nadzieję surowce potrzebne do dalszej ucieczki. Księżyców są dziesiątki, a siły są niewielkie. I tutaj zaczyna się uwidaczniać brak doświadczenia twórcy w tworzeniu książki science fiction. Miałem olbrzymie wrażenie, że autor zaczyna zbyt wiele wątków i próbuje je posklejać w jakąś sensowną całość. W pierwszym tomie widzieliśmy tą samą sytuację (atak na okręt Hajmdal) z wielu różnych perspektyw, dlatego też zmiana narracji na innego bohatera w kolejnych rozdziałach sprawiała, że tak naprawdę widzimy to samo ale z innego punktu widzenia. Bardzo mi się to podobało, że jeden rozdział opowiada o przemyśleniach admirała dotyczących manewrów kolosa, następny zaprosi nas do kabiny myśliwców eskortujących Dreadnought, a jeszcze potem dołączymy do szturmowców oraz zwiadowców broniących pokład ładunkowy przed desantem wrogów. To było fajne.

W drugim i niestety też w trzecim tomie, czyli buncie, wątek główny zaczyna się w jednym punkcie, by potem się rozdzielić na parę mniejszych wątków. Sprawiało to te same niemiłe wrażenie, jakie miałem w sadze o wiedźminie, kiedy ciekawe wątki były przeplatane z głupimi rozdziałami przedstawiającymi jakieś niekoniecznie istotne wątki poboczne. Tutaj sprawa wygląda troszkę inaczej.

W trzecim tomie serii Hajmdal, naszemu głównemu bohaterowi (czyli okrętowi) udaje się uciec z obławy i znaleźli schronienie w dominium neutralnego mocarstwa. Mogą handlować, więc i mogą uzupełnić zapasy, ale nie ma absolutnie żadnej mowy o jakichkolwiek naprawach. Admirał wpada na parę pomysłów, wysyła przez to dwie grupy bojowe na pobliskie planety, jednocześnie na statku powstaje ugrupowanie przygotowujące bunt (powody buntu są sensowne – ludzie uciekają, ale nie wiedzą jaki jest cel podróży, admirał wie ale nie chce nikomu go zdradzić ze strachu przed szpiegiem). Dodatkowo pojawia się niewiadomo dlaczego kolejny wątek, który dzieje się na Tochem – potężnym organicznym okręcie tajemniczej i antycznej rasy, który jako jedyny w galaktyce jest zdolny niszczyć planety. Tak zaczyna się parę historii, a książka w bezczelny sposób przesuwa akcję z jednego punktu na drugi.

Do tego każdy rozdział kończy się w stylu prawdziwie Netflixowym – I nagle zobaczyła to przed sobą! koniec rozdziału. Czaicie o co mi chodzi? To była jakaś masakra, kiedy przez kilkanaście stron było budowane napięcie przed buntem na okręcie, by w momencie kulminacyjnym przenieść fabułę gdzieś na drugi koniec galaktyki. Kto tak robi? Sprawiało to, że pozostałe wątki traciły płynność i sens, zaczynały nudzić i chciałem je po prostu przebrnąć żeby wrócić na pokład i zobaczyć czy admirał został jednak zastrzelony czy nie. Finalnie jednak sprawiało to negatywne wrażenie i nie jestem pewien czy chcę ciągnąć tą historię w następnych tomach.

I nie chodzi o to, że jest to słaba historia. Mam większy problem z jej przedstawieniem. Same rozdziały są napisane w sposób akceptowalny, bez większej głębi i rozpisywania się na szczegóły, jak to było w Zaginionej Flocie, nie wiemy np. jakie są tonaże okrętów kiedy ze sobą walczą, jakie jest ich uzbrojenie, więc póki nie zostanie napisane, że Dreadnought spokojnie zniszczy tyle i tyle okrętów, zanim sam nie pójdzie na dno, to nic się nie dowiemy. Brak spójności, jakby książka była pisana w stylu YOLO, bez tworzenia świata, a jedynie na tworzeniu historii. Nie jest to nic złego, gdyby nie fakt, że książka nie trzyma w swoich objęciach od początku do końca, gdy jest przeplatana dobrymi i słabymi rozdziałami na zmianę.

Poprzedni Kruche Życie - Recenzja
Następny Czarodzieje, wampiry a może Upadli?