Odrodzeni – recenzja


Jakże brakowało mi pustynnego słońca, piramid, a przede wszystkich tamtejszych (egipskich) bogów. „Odrodzeni” Colleen Houck to drugi tom serii, którego nie mogłam się doczekać. A gdy wreszcie do mnie trafił, odkładałam w czasie, by delektowanie się treścią nie nastało zbyt szybko. Ale w końcu przyszła pora i czas. Gdy zdążyłam oderwać wreszcie wzrok od zjawiskowej okładki, zabrałam się za degustację.

Lily kończy liceum i dostaje się do college’u wybranego przez rodziców, podczas gdy Amon spędza czas w krainie umarłych – i wcale nie czerpie z tego radości. Ich marną pociechą jest skarabeusz sercowy, który ma Lily – taki trochę telefon. Nie zmienia to jednak faktu, że czas „połączeń” jest ograniczony, a „zasięg” nie zawsze wystarczający. Obydwoje usychają więc z tęsknoty. Jednak pewna noc jest dla Lily nieco inna. Ktoś ją odwiedza i prosi o pomoc. Ciężko zawyrokować, czy bardziej zaskakuje ją wizyta, czy sama prośba.

Początek nie był dla mnie łaskawy. Liczyłam na dalsze zagubienie egipskiego księcia w XXI wieku, a otrzymałam rozłąkę zakochanych… bo jak napomknęłam przed chwilą – Lily żyje dalej, podczas gdy Amon przebywa w krainie umarłych. I nie zanosiło się, by prędko ten stan miał ulec zmianie. Jestem przekonana, że nie ja jedna byłam tym faktem zasmucona. Ich dialogi z pierwszego tomu poprawiały humor jak mało co. Były lekkie i naturalne. W dużej mierze utrzymywały czytelnika przy lekturze. Jednak byłoby niepoważne z mojej strony, gdybym tylko przez fakt rozłąki zaprzestała czytania. Czytałam dalej.

I w ten oto sposób poznałam nowych bohaterów, ale przede wszystkim plan, którego zamierzała trzymać się autorka. Czułam, że z grubsza znam fabułę i miałam rację. Tym bardziej, iż znałam tytuł kolejnego tomu. Jeśli go nie znacie, nie sprawdzajcie! Wiedzcie jednak, że wówczas wizja kolejnych wielu, wielu, wielu stron nie napawała mnie specjalnym optymizmem. Dopatrywałam się pewnego rodzaju powtarzalności. To tak, jakbyście poszli na zakupy z listą – niby każda rzecz jest inna, ale wybory przebiegają tak samo. Tutaj było podobnie. Ale nie mogę jednocześnie stwierdzić, że było nudno. Nie do końca.

Bo mimo wszystko przyjemnie było otoczyć się ponownie egipską mitologią, która w moim sercu zajmuje szczególne miejsce. Brak towarzystwa Amona zasmucał, tego nie dało się niczym nadrobić, niemniej czerpałam radochę z każdej informacji poświęconej egipskim bogom i wszystkiego, co ich otacza. Dla mnie była to nieoceniona wartość dodana, a dla innych może to być tylko i wyłącznie czysta przygoda. Jakby na to nie spojrzeć, myślę, że każdemu przypadnie do gustu. Mniej lub bardziej, ale zawsze.

Ale oprócz Amona, brakowało mi również humoru. Pierwszy tom naszpikowany został niewymuszonym humorem, a tutaj go zwyczajnie nie ma. Jest za to Lily, która stała się trochę nudna. Robi swoje i tęskni. Rzecz jasna, wiele jej misji nie miało racji bytu, ale dziewczyna potrafiła kombinować – to też było nudne. Dlaczego w tego typu książkach, bohaterowie, rzeczy niemożliwe robią od ręki, a na cuda potrzebują tylko trochę więcej czasu? I ten skarabeusz sercowy, który… a zresztą nie zdradzę, jaką miał wadę. Choć zależy jak na to spojrzeć. Zapewne wiele czytelników nie zawahałoby się skorzystać z rzekomej skazy.

I wiecie co? Im dalej, tym bardziej przekombinowane. Niestety nie mogę podać żadnego przykładu, bo byłyby to same spojlery, ale jak dla mnie za dużo się działo. Abstrakcja. Jak gdyby autorka malowała obraz, ale w pewnym momencie straciła kontrolę nad wszystkim. Nie podobało mi się to i trochę mnie to do tej serii zraziło. Przy okazji zaczęła mnie irytować główna bohaterka. Zmieniła się. I mam wrażenie, że gdyby na jej miejsce wstawić jakąkolwiek czytelniczkę, nie byłaby już tak otwarta na wszystko. Wręcz odwrotnie.

„Odrodzeni” to kontynuacja, ale jakby zupełnie inna książka. Próżno szukać w niej niewymuszonego humoru, lekkości i tego czegoś, co nie pozwala się oderwać. Dla mnie była to ciężka przeprawa. Z jednej strony ciekawa jestem, co będzie w następnym tomie, ale z drugiej – obawiam się go. Bo skoro w tym tomie działo się tak wiele, czego mogę się spodziewać w następnym?

Autorka recenzji: Daria Łapa

“Odrodzonych” i inne książki dla młodzieży znajdziesz w selkar.pl.

Poprzedni Superlunche - recenzja
Następny Siedmiu mężów Evelyn Hugo - recenzja