Port nad zatoką – Magdalena Majcher


„Ona była surowa, wymagająca, wciąż walczyła z wrodzonym perfekcjonizmem” – tak z niesamowitą skromnością opowiada o sobie Ada, główna bohaterka powieści Magdaleny Majcher „Port nad zatoką”. Surowa jest z całą pewnością, zwłaszcza w stosunku do swoich studentów, którzy z tego tytułu nie cierpią jej zajęć. Wymagająca? Może. Trudno ją czymkolwiek zadowolić, a w dyskusje z nią to już najlepiej nie wchodzić, bo ona i tak „swoje wie”. A co do tej walki z perfekcjonizmem to cóż… chyba Adrianna wygrywa, bo na palcach jednej ręki dałoby się wyliczyć momenty, kiedy zabiera się do czegoś tak, jak należy.

Rozstania, powroty, miłość i ucieczka – to wszystko spotyka Adę w krótkim czasie. Nie wiadomo, ile kobieta będzie w stanie znieść. Z pomocą przychodzą najbliżsi, czyli Sabina, kochająca matka oraz Gabrysia, młodsza siostra, a kiedyś najlepsza przyjaciółka i powierniczka sekretów. Na dorosłą już córkę w zasadzie nie ma co liczyć, ale od początku.

Od Malwiny się zaczęło. Swego czasu, jako niemowlak, została adoptowana. Radek i Ada długo nie mogli się zdobyć na opowiedzenie jej prawdy, aż pewnego dnia dziewczyna dowiedziała się sama. To rozbiło rodzinę na prawie dwa lata, podczas których małżeństwo przeszło potężny kryzys, obwiniając się naprzemiennie o tę sytuację, a córka praktycznie uciekła z domu, odzywając się jedynie od święta, żeby wysępić od nich pieniądze. Wzajemne żale powodują, że nikt nie chce wyciągnąć ręki na zgodę, aż do romantycznego wieczoru, kiedy to jeszcze nierozwiedzeni byli kochankowie na nowo się w sobie zakochują i dają sobie drugą szansę. Od tego zaczyna się historia właściwa, która, muszę przyznać, potrafi mocno wciągnąć. Niestety później nie idziemy za ciosem, tylko dostajemy na dzień dobry garść niepotrzebnych nikomu anegdotek z życia Ady. Dowiadujemy się z nich, że kobieta, choć ma o sobie wysokie mniemanie, jest apodyktyczna, lubi chować urazę, nie wie, jak zająć się własnym dzieckiem, ale za to szyje fajne kostiumy i zna łacinę. No coś za coś. Szczęśliwie Radek dostrzega w niej więcej dobrego niż ja, więc spędzają ze sobą wspaniałe, upojne chwile. Sielanka jednak zostaje brutalnie przerwana, bowiem mężczyzna dostaje zawału.

Po dramatycznych wydarzeniach Ada szuka szczęścia na drugim końcu Polski, chcąc zacząć wszystko od nowa, jak ta przysłowiowa czysta kartka. Przygarnia pieska i to w zasadzie najlepsze, co robi w całej powieści. Poza tym de facto dalej nie rozwiązuje konfliktu z córką, zostawia zaniepokojoną matkę, rzuca wszystko i jedzie nad morze, gdzie poza poprawianiem gramatyki napotkanych osób będzie przeżywać swoją żałobę. Ta nie trwa też jakoś specjalnie długo, ale ostatecznie to dobrze, że człowiek ma w sobie takie nieprzebrane pokłady miłości.

Głównej bohaterki nie mogę jakoś strawić. Jest napisana tak, jakby miała stwarzać wrażenie odpowiedzialnej, dobrej i wrażliwej, a jest do granic możliwości grubiańska. Tego, jak traktuje swoją rodzinę nawet nie skomentuję. Za to kiedy w książce pojawiają się jakiekolwiek inne wątki, robi się naprawdę fascynująco! Szkoda, że to nie Gabrysia i jej rodzina są na pierwszym planie, bo choć u Ady dzieje się tak wiele, w jej historii zdaje się czegoś brakować. Przelatując przez kolejne przeciwności losu, tak naprawdę nie mamy czasu na jakieś głębsze zżycie się z nią, natomiast cała otoczka i nadmorskie klimaty to strzał w dziesiątkę i książka sporo na nich zyskuje.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Port nad zatoką” i inne książki new adult znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.

Poprzedni Samowystarczalni w domu i ogrodzie - Joanna Włodarska
Następny Przy naszej piosence - Klaudia Bianek