Sitwa – recenzja


„Sitwa” to książka, którą wstydziłabym się czytać w miejscu publicznym w obawie, że ktoś mnie z nią zobaczy. Gdyby na spotkaniu towarzyskim znajomi dopytywali, co ostatnio czytałam, zarzekałabym się, że jedną z powieści Olgi Tokarczuk, a może i wszystkie naraz, chociaż weekend spędziłam z Lilianą Płonką i Michałem Grosickim – przebojową dwójką, którą czytelnicy poznali już w bestsellerowej „Karuzeli”. Paulina Świst wyrasta na niekwestionowaną królową książek spod znaku guilty pleasure, chociaż muszę przyznać, że po lekturze „Sitwy” czułam zdecydowanie więcej wstydu, że nie sięgnęłam po coś ambitniejszego, niż obiecywanej na okładce przyjemności.

Tytułowa sitwa obraca ogromnymi pieniędzmi, ma niewyobrażalne układy i pozbawiona jest skrupułów. „Wszyscy mówili o nich „sitwa”, od czasu, gdy jakiś dziennikarz napisał tekst właśnie pod takim tytułem. Żadna gazeta nie chciała go opublikować, więc wrzucił go na swojego bloga. Kilka tygodni później zginął w napadzie rabunkowym”. Liliana Płonka zostaje uwikłana w potężną aferę, z której wyciągnąć ją może jedynie pracujący pod przykrywką Michał Grosicki – zimny drań, kobieciarz, uroczy łobuz. Ktoś czyha na życie ponętnej pani adwokat, a splot wydarzeń zmusza Lilkę i Michała do ucieczki z miasta i wyruszenia w malownicze Bieszczady. Romans wisi w powietrzu, a przepełnionej seksualnym napięciem atmosfery opowieści nie zakłócają ani latające nad głowami bohaterów kule, ani wybuchające dokoła bomby.

Mogłoby się wydawać, że się wyzłośliwiam, ale proszę mi wierzyć – dokładnie o tym jest ta książka. Bohaterowie bez przerwy „kozaczą”, albo są upominani, żeby „nie kozaczyć”.

Liliana to odnosząca sukcesy, wykształcona kobieta, którą podobno„ciężko wyprowadzić z równowagi”, ale w kontaktach z mężczyznami zachowuje się jak słodka idiotka i przeistacza się w bezwolnego „kociaka”. Właściwie od początku wiadomo, w czyje ramiona wpadnie, i w tej kwestii nie ma co liczyć na najmniejsze nawet zaskoczenie. Z kolei Michał to postać przerysowana, ale mimo wszystko budząca sympatię. O dziwno najmocniejszym punktem „Sitwy” nie są ani sceny seksu (bo mam wrażenie, że to już wszystko było i autorka nie proponuje czytelnikowi na tym polu niczego nowego/oryginalnego), ani wątek kryminalny (bo ten jest potwornie naciągany i momentami budzi uśmiech politowania), ale duża dawka humoru! I to ona ratuje całą powieść. Świetna jest postać „chudego wymoczka, radcy prawnego od siedmiu boleści” Alana Surdzielka, którego imię zostaje przez Michała bezlitośnie przekręcone. Zabawne są potyczki słowne między bohaterowi – kiedy szef informuje podwładnego, że „obok VAT-u grany będzie ogromny przekręt  na styku polityki, Kościoła i nieruchomości”, ten niezrażony odpowiada: „dołóż coś jeszcze, nie krępuj się. Wypłynie przy okazji, kto zabił Papałę, Olewnika, Kennedy’ego i gdzie jest Bursztynowa Komnata”, a dzięki Lilce wiemy, że kiedy strażnik przy bramie pyta nas, czy mamy przy sobie „broń, gaz, amunicję”, prawidłową odpowiedzią jest „zostawiłam w aucie”, bo „alkohol, środki odurzające” zażyłam przecież przed wejście.

„Sitwa” nie jest książką tragicznie złą, wręcz powiedziałabym, że w swojej kategorii – literatury, którą potocznie określa się mianem „odmóżdzającej” – jest całkiem niezła. Wypada zdecydowanie lepiej od innych pozycji guilty pleasure, które w ostatnich latach zalały polskie księgarnie, bo Paulina Świst ma naprawdę lekkie pióro. Nie wiem, jaki do końca był zamysł autorki, ale ja tej powieści od samego początku nie byłam w stanie potraktować poważnie. Gdybym to zrobiła, to pewnie nie doczytałabym jej do końca, bo mnogość niedorzeczności i absurdów jest wręcz przytłaczająca. Nie ma ukrywać – momentami czułam się zażenowana, ale jeżeli podejść do „Sitwy” z dystansem i przymrużeniem oka, wyłączyć na chwilę logiczne myślenie, to można się przy niej zrelaksować.

Autorka recenzji: Ewa Ciężkowska-Rumin

“Sitwa” i inne książki Pauliny Świst znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.

Poprzedni Ludzie potrafią latać - recenzja
Następny Szeptacz - recenzja