Śmierć Komandora t. 1 – recenzja


Haruki Murakami to jeden z najbardziej znanych współczesnych pisarzy japońskich. Od wielu lat wymieniany jest jako faworyt do Literackiej Nagrody Nobla, a jego zwolenników jest prawdopodobnie tyle samo, co przeciwników. Murakamiego albo się kocha, albo nienawidzi. Jego powieści pochłaniają czytelnika i wprowadzają w niezwykły świat lub wręcz przeciwnie – po przeczytaniu jego książek można się tylko zastanawiać, skąd te zachwyty nad jego twórczością.

„Śmierć komandora” to najnowsza powieść autora wydana w dwóch tomach, które stanowią integralną całość. Książka zrobiła spore zamieszanie w Hongkongu i Japonii, została nawet uznana za nieprzyzwoitą, co zdecydowanie miało wpływ na jej popularność. Czy faktycznie jest aż tak kontrowersyjna?

Fabuła pierwszej części, „Śmierć komandora. Tom 1. Pojawia się idea”, wydaje się nieskomplikowana. Opowiada historię trzydziestokilkuletniego malarza, którego poznajemy, gdy znajduje się na życiowym zakręcie. Kiedyś miał ambicje, żeby być znanym i oryginalnym artystą, ale rzeczywistość bywa brutalna. Zaczyna malować portrety na zamówienie – mimo że nie jest to spełnieniem jego marzeń, to pozwala zapewnić stały dochód. Niespodziewanie odchodzi od niego żona, co wywraca jego poukładany świat do góry nogami. Rzuca pracę portrecisty i postanawia wyjechać, aby nabrać dystansu. Za sprawą bliskiego przyjaciela osiada w domu jego ojca, wybitnego malarza Tomohika Amady, który będąc już w podeszłym wieku znalazł się w domu opieki. Samotne życie pozwala bohaterowi spojrzeć w głąb siebie i odnaleźć się w nowej sytuacji. Nieoczekiwanie trafia mu się szczególne zlecenie. Bogaty sąsiad mocno nalega, aby artysta namalował jego portret, a wynagrodzenie, jakie proponuje, daje do myślenia…

Akcja nabiera rumieńców, gdy główny bohater odkrywa obraz, namalowany przez właściciela domu. Tomohiko Amada przedstawił śmierć komandora z opery Don Giovanniego w starym stylu japońskim. Przynajmniej tak się wydaje… Ale dlaczego jest to jedyny obraz w całym domu malarza? I z jakiego powodu został schowany na strychu? Od tego momentu rzeczywistość zaczyna przeplatać się z nierealnymi wydarzeniami, a podtytuł powieści „Pojawia się idea” nabiera nowego wyrazu i staje się bardziej namacalna…

Murakami od pierwszych słów nakreśla swój niepowtarzalny styl, jakiego nie można pomylić z żadnym innym. Niespiesznie prowadzi fabułę; można nawet powiedzieć, że przez większą część książki niewiele się dzieje. Towarzyszymy bezimiennemu artyście w codziennym życiu, wsłuchujemy się w jego rozterki i przemyślenia. Pojawia się tu dużo retrospekcji i opowieści sprzed lat, które nakreśla nam sam główny bohater w pierwszoosobowej narracji. Jednak nie ma tu zaskakujących zwrotów akcji. Murakami zachwyca sposobem, w jakim opisuje szarą rzeczywistość. W niezwykłym stylu przedstawia zwykłą codzienną rutynę. To przyciąga i sprawia, że książkę po prostu chce się czytać. Czyżby w tym tkwił sekret jego popularności?

Powieść „Śmierć komandora” wypełnia prostota i spokój, ale też aura tajemniczości i pewnej magii. Trzeba jednak przyznać, że autor po mistrzowsku zachował równowagę między realizmem a fantastyką, spójnie tworzącą wykreowany przez niego świat. Pierwsza część zostawia nas przy tym z uczuciem niedosytu – niedopowiedzeniem, rozbudzającym apetyt na kolejny tom. To wszystko składa się na bardzo oryginalny styl Murakamiego, jaki nie każdemu przypadnie do gustu. Mimo to warto sięgnąć po książki tego japońskiego pisarza, aby wyrobić sobie własną opinię na temat jego twórczości, która jest niezaprzeczalnie wyjątkowa i niepowtarzalna.

Autorka recenzji: Alicja Nowak

“Śmierć Komandora t.1” i inne książki z kategorii literatura piękna znajdziecie w księgarni selkar.pl.

Poprzedni Zapach goździków - recenzja
Następny Zadra - recenzja