Szeptacz – recenzja


Książki horrory

Niektóre dzieci boją się ciemności, inne nie mogą zmrużyć oka ze strachu przed wyimaginowanym potworem, który mieszka pod ich łóżkiem, albo chowa się w szafie. A czego lękają się dorośli? Jeżeli wierzyć Alexowi Northowi, autorowi bestsellerowego „Szeptacza”, „porwanie dziecka to najgorszy koszmar każdego rodzica, jednak statystycznie takie wydarzenie jest mało prawdopodobne. Największe zagrożenia czyhają w domu, za zamkniętymi drzwiami, a krzywdy zazwyczaj nie wyrządzają obcy ludzie, ale członkowie rodziny”. Z oczywistych względów nie przepadam za książki, w których ofiarami przestępstwa padają niewinne i bezbronne dzieci, ale faktem jest, że to właśnie te powieści budzą w czytelnikach największą grozę. Czy po lekturze zbierającego świetne recenzje „Szeptacza” rzuciłam się do drzwi, żeby sprawdzić, czy na pewno są zamknięte? A może wsłuchiwałam się w odgłosy nocy, by wyłapać mrożące krew w żyłach szepty?

„Szeptacz” zaczyna się niezwykle intrygująco. Ojciec pisze enigmatyczny list do syna, który kończy słowami:  „Przez te wszystkie lata twierdziłem, że nie ma się czego bać. Próbowałem ci wmówić, że nie istnieją żadne potwory. Wybacz, ale kłamałem”. Czy można sobie wyobrazić bardziej frapujący wstęp do opowieści? Potem autorka zabiera nas do małego, sennego miasteczka, w którym stoi dom z dziwnie rozmieszczonymi oknami. Do budzącego przerażenie wśród miejscowych dzieci budynku „z  duszą” wprowadza się niedawno owdowiały pisarz z kilkuletnim synem – chłopcem wycofanym, nieśmiałym i obdarzonym niezwykłą wyobraźnią. Kiedy w okolicy bez śladu znika dziecko, na mieszańców pada blady strach…

Trudno byłoby zliczyć wszystkie thrillery i kryminały, których akcja skupia się wokół porwania dziecka. To bardzo nośny temat, dający autorowi duże pole do popisu, chociaż – nie ma co ukrywać – już nieco ograny. „W znakomitej większości przypadków zaginione dzieci szybko się odnajdują i bezpiecznie wracają do swoich rodzin. Zniknięcia nieletnich można było podzielić na pięć kategorii: wyrzucenie z domu, ucieczka z domu, nieszczęśliwy wypadek, porwanie przez członka rodziny i porwanie przez nieznajomego”. I wszystko to już w literaturze sensacyjnej było. I to nie raz. Sięgając po „Szeptacza”, bałam się kolejnej powtórki z rozrywki. Niepotrzebnie, bo co Alex North korzysta ze znanych schematów, ale w sposób, którego z całą pewnością nie można nazwać odtwórczym. Akcja powieści nie rozwija się w zawrotnym tempie, ale niekonieczni należy uznać to za zarzut. Niektórym takie nieśpieszne odkrywanie kart może przypaść do gustu. Czytelnik pozostawiany jest w stanie ciągłej niepewności – co jest prawdą, a co tylko wytworem wyobraźni? „Złe rzeczy w końcu wypływają na powierzchnie. Koszmary to sposób, w jaki nasz umysł sobie z nimi radzi. Rozbija je na coraz drobniejsze kawałeczki, aż wreszcie nic z nich nie zostaje”. Autor przesadnie nie epatuje przemocą, unika drastycznych opisów, jedynie pewne rzeczy sugeruje i to w bardzo delikatny sposób, co również należy zaliczyć na plus. Książka utkana jest z mylnych tropów. Kiedy już wydaje się, że wiemy wszystko, okazuje się, że tak naprawdę nie od początku byliśmy wprowadzani w błąd.

„Czasem podczas służby bywa się świadkiem tragedii, a jedynym sposobem na uśmierzenie bólu jest złapanie sprawcy, zanim skrzywdzi następną osobę. Albo przynajmniej zrobienie wszystkiego, żeby go powstrzymać”. „Szeptacz” nie jest jedynie opowieścią o zaginionych dzieciach. W swojej książce Alex North porusza temat uzależnień, radzenia sobie z traumami z dzieciństwa, utratą bliskiej osoby i próbą odbudowywania życia po tragedii, ale też trudnych relacji rodziców z dziećmi. Myślę, że fani klasycznych thrillerów mogą się poczuć nieco zawiedzeni wolnym tempem, brakiem grozy i spektakularnych zwrotów akcji. „Szeptacz” nie wbija w fotel, raczej nikogo nie przestraszy i nie spowoduje, że nasze serce będzie biło jak oszalałe, ale niemniej jednak jest ciekawą propozycją na zimowe popołudnie.

Autorka recenzji: Ewa Ciężkowska-Rumin

“Szeptacza” i inne książki horrory znajdziecie w księgarni selkar.pl.

Poprzedni Sitwa - recenzja
Następny Miłość leczy rany - recenzja