Zadra – recenzja


Zadra

Nie każdy spacer po lesie jest przyjemnym doświadczeniem. Wiedzą o tym dobrze wszyscy zaangażowani w sprawę dotyczącą szczątków znalezionych w głuszy w Grodnie. W końcu skąd wzięły się ludzkie kości w takim miejscu i to teraz, w pobliżu cywilizacji? To właśnie musi wraz z współpracownikami ustalić komisarz Bernard Gross – przenikliwy do bólu i zdeterminowany mężczyzna ze smutną przeszłością.

Z rzadka, czy to w rodzimej czy zagranicznej, literaturze tego typu znajdziemy taką szczegółowość opisywanych zdarzeń i tak realne odzwierciedlenie prowadzenia śledztwa. O tym łatwo przekonać się już „dnia pierwszego”, kiedy ekipa po raz pierwszy przeszukuje i zabezpiecza miejsce, w którym znaleziono kości mężczyzny. Nie mamy tu jednak, jak to często bywa, jednego czy dwóch „wybitnych” jednostek, które w mig same znajdują mrowie poszlak, bez pomocy policji, techników kryminalistycznych czy innych specjalistów. Nie, tu zdecydowanie istotna jest praca zespołowa. Cała rzesza ludzi pracuje nad sprawą, nie działa się na własną rękę, każdy dzieli się swoim odkryciem i przemyśleniami. Co nie znaczy, że nie ma maruderów, którzy nie są zachwyceni pracą w lesie po zmierzchu i nie wykazują entuzjazmu przy pracy. I dlatego tak bliskie realizmowi podanie nam tego tematu przyciąga od pierwszych stron. Dosłownie można poczuć się jak członek ekipy, który wraz z resztą przeszukuje zagajnik, by odkryć, być może, jakąś mroczną tajemnicę.

U Małeckiego przez rozdziały przewija się mnóstwo mniej lub bardziej ważnych postaci. Czasem można się pogubić w roju nazwisk i stanowisk, ale ten chaos poniekąd zapewnia nam ten bezspornie niepowtarzalny klimat pracy pod presją czasu. Każdy rozdział to kolejny dzień, a przecież nie można prowadzić tej sprawy bez końca.

Wraz z Grossem podążamy więc za tropem szkieletu. Choć po mężczyźnie pozostały jedynie szczątki, to wciąż mogą doprowadzić nas do historii o wielu bardzo zaskakujących wątkach… Zdecydowanie mamy tu do czynienia z kryminałem z wyższej półki. Widać, że to nie jest książka, którą ktoś pisał w pośpiechu, „byle się sprzedała”, ale rzetelnie opracował fabułę, nic tu nie jest rozwleczone na siłę ani zbyt lakoniczne. Po prostu autor zgrabnie podawkował nam akcję, tajemniczość i nawet sporo specyficznego humoru.

Coraz częściej zaobserwować można tendencję do obdarowywania głównego bohatera jakąś tragiczną przeszłością. Albo chociaż odrobinę traumatyczną. Nie wiem, skąd przybył ten trend i nie jestem raczej jego fanką. Wolę jak ów detektyw, śledczy, komisarz – jak zwał, tak zwał – był zwyczajnie świetny w swoim fachu i nie stało za nim jakieś jego brzemię, troska czy cokolwiek innego. Choć nie jest to może problematyczne, to jednak zniekształca trochę klasyczny kryminał i sprawia, że część akcji przejmuje melancholia, a wraz z nią pojawia się za wiele psychologicznych wątków. To ma prawo wypaść dobrze i łączyć się ładnie z głównym wątkiem, jednak może też się stać zupełnie odwrotnie i na to wypada już zacząć uważać. Gross ma faktycznie, czym sobie zaprzątać głowę, ale nie czuję potrzeby, by zaprzątał i moją. O nie. Moje myśli od początku krążyły wokół niezidentyfikowanych kości i odrywanie ich od tego motywu nieraz irytowało. Ale to jedyne, z czym mogę mieć jakikolwiek problem, poza tym rzeczywiście mamy do czynienia z naprawdę wciągającą historią.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Zadrę” i inne książki Roberta Małeckiego znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.

 

Poprzedni Śmierć Komandora t. 1 - recenzja
Następny "Charlie Hernandez i Liga Cieni" t. 1 - recenzja